Strona:Korczak-Bobo.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
186

Oto piszę, patrząc na sosny, słuchając ich szmeru. A gdy zamknę okno, zgaszę świecę i położę się wreszcie, nie będzie mi migać światło latarni gazowej, ale gwiazdy i księżyc spoczną na mej głowie. Nie usłyszę turkotu dorożki lub krzyku pijaka, lub prostytutki — i będę pił ukojenie i czerpał je, jako skarb cenny do Warszawy, na długie miesiące.
Jutro znów wzrok mój bujać będzie po łąkach i polach, wznosić się na wierzchołki drzew, gubić w niezmierzonej jasności słońca.

27 czerwiec.

Poszliśmy plantem na spotkanie zachodu słońca.
Nad nami chmury czarne, groźne, ponure, a na zachodzie niebo szkarłatem płonie, — mieni się, krwawi, skrzy. Jasność niezwykła stanowi majestatyczny kontrast ze zwieszoną nad naszemi głowami chmurą. Natura zdaje się mówić nam dwom młodzieńcom pełnym wiary, siły, nadziei i miłości.
Patrzcie, ten tor kolejowy, ginący w niepochwytnej dali — to droga waszego życia; chmura — smutki, troski, cierpienia, łzy wasze. Urocze wdali obrazy mamić was będą; ścigajcie je wzrokiem długo, jaknajdłużej,