Strona:Korczak-Bobo.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
179

Nauczyciel chodzi spokojny, na chwilę nie spuszcza oka z klasy. Duma, poczucie obowiązku, sprawiedliwości nie pozwalają, aby ktoś ściągnął... ostatnie zadanie.
Promień słońca skoczył filuternie do klasy, gdzie dojrzał młode twarze, i zaczepił ucznia. Uczeń żachnął się niecierpliwie i usunął na bok. Promień ździwił się, posmutniał, może rozgniewał i już do końca życia może unikać będzie chłopca, który go odtrącił.
Biedne słońce, biedne dzieci.
Kto winien, że światło prawdy wypowiedziało bój zacięty światłu słońca?

Sekretarka odpowiedziała, że niema miejsca, że mają duży zapas nowel. Patrzała na mnie tak życzliwie, poczciwa! radziła się nie zrażać, bo „redaktor nawet tego prawie nie czytał, bo jest bardzo zajęty“. — Ach wiem, im potrzebna firma a nie dzieło sztuki, wreszcie redakcja ma „swoich“, którzy na obstalunek zawsze napiszą to i tyle, ile potrzeba. Oczekiwanie mnie denerwowało, teraz już mi wszystko jedno.
I tak nie będę literatem, tylko lekarzem. Literatura — to słowa, a medycyna to czyny.

24 kwiecień.

Wstałem rano, przed piątą jeszcze, i po-