Strona:Korczak-Bobo.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Więc to nazywacie niebezpieczeństwem? Że niedźwiedzina leży, drżąc ze strachu?
— Ale drzwi niema, może wejść.
— Może, ale nie wchodzi.
— Jest ich piętnaście.
— Zrobię drzwi z pierwszego.
Strzelam w powietrze.
— Szaleńcze, zgubiłeś nas, — mówią.
Olbrzymi niedźwiedź idzie ku nam, w momencie kiedy swem olbrzymiem cielskiem zawalił wejście, pakuję mu kulę w oko.
— Oto mamy drzwi, tem lepsze, że w przyszłości posłużą nam za śniadanie.
Dziecinne marzenia, tem lepiej.

∗             ∗

Widziałem pogrzeb wojskowy. Cudny marsz żałobny, żołnierze i koń w żałobie, który smutny, z łbem spuszczonym, powoli odprowadza swego pana na miejsce wiecznego spoczynku. Łzy miałem w oczach.

∗             ∗

Widziałem grających w karty. Policzki