Strona:Korczak-Bobo.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

straszną otchłań, ciemną próżnię zwątpienia i szału, a potem bladzi, wynędzniali i bezsilni, brocząc w błocie i kale, wołają po niewczasie: „Gdzie szczęście?“
O P. napiszę innym razem.
Czuję wielką potrzebę snu, może to echo snu zimowego niedźwiedzi. Marzę teraz o cichem szczęściu bez burz oklasków i sławy. Żona, dzieci. Widziałem Maniusię, jak ona urosła przez te cztery miesiące, śliczny wstępniaczek, marzy, aby być dyżurną, zrywa się przed szóstą, bo się spóźni. Słodka dziecina. Urośnie pod mem okiem, zmężnieje i... stracę ją z oczu...

20 sierpień.

Nawet kurjera nie czytam, nie marzę. Mam nawet nowy temat o Paryżu i suchotnicy, którą się opiekuję: ale niema ani wypukłości, ani barwności. Czyżby starość? Zaczynam wierzyć, iż gdyby nie pociąg płciowy, nie byłoby ani miłości ani poezji, a przecież tak się przeciw tej myśli buntowałem.

10 październik.

Spać, spać, spać!
Tyle marnuje się obserwacji, tyle cennego materjału.
Wieczorem zacząłem myśleć o prze-