Strona:Korczak-Bobo.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
22 styczeń.

Wydawałem z geometrji, postawił podobno 4. Z ext. dostałem 3, a Sz. który słowo w słowo odemnie przepisał dostał 4. Musiałem się ostrzydz, bo Rud. powiedział, że mnie do kozy wsadzi. Chciałbym jutro wydawać z historji — pewnie mnie wyrwie.

19 wrzesień.

Od stycznia nie pisałem. Teraz rzucam tych kilka słów dla utrwalenia najcięższych chyba chwil, jakie przeznaczono mi przeżyć na ziemi. Może dobrze, że w młodości zaznam goryczy, nabiorę doświadczenia, tego niezbędnego steru dla każdego chcącego w tem tułaczem życiu przybić do spokojnego portu. — Miłość — czyż ona istnieje? Jest tylko egzaltacja albo zmysły. — Poco kocham, nienawidzę, śmieję się, płaczę, — wszystko mija, ginie — radość, wesele. Sława? czcze, nędzne, marne słowo. A geniusz to obłąkany.
Cały wolny czas poświęcam literaturze. Czy pośród tysiąca dróg, których się czepiałem odszukałem już tę moją.
O! głowa gorąca, oczy bolą, w głowie szum. Pójdę jutro na cmentarz, na grób babci, poproszę Ją o opiekę. Ach, ile tam pogrzebanych nadziei.