Strona:Klemens Junosza - Zastępca.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ale ponieważ miasteczko jest zawsze miasteczkiem, gniazdem plotek wszelkich i potwarzy, więc zaczęły kursować po mieście gawędki ubliżające godności uczciwej kobiety. Podłe, nikczemne gawędki, kursowały i doszły do niej samej przez usłużne przyjaciółki.
Co to było płaczu, co rozpaczy! nie chciała już nic wziąć odemnie, ani też mnie w swoim domu przyjmować. Zachodziłem w głowę co robić i nie mogłem znaleźć drogi wyjścia. Nareszcie zwierzyłem się z mojem zmartwieniem przed regentem. Pomyślałem sobie: stary doświadczony człowiek znajdzie przecie jaką radę w tym razie. Jakoż znalazł — żebym się z Cesią ożenił; tym sposobem będę mógł jej nadal dopomagać i zarazem zamknę usta złośliwym kumoszkom. Przyznam ci się, że mnie myśl podobna nigdy przez głowę nie przeszła. Ja mężem Cesi, tej Cesi której trafiały się świetne partye. Ja nieśmiałbym nawet odezwać się z taką propozycyą! Ale poczciwy regent sam poszedł do niej, namawiał, przedstawiał, że powinna to zrobić dla przyszłości dzieci, dla zabezpieczenia sobie bytu. Rezultat był taki, że po długim namyśle pozwoliła żebym do niej przyszedł.
— I oświadczyłeś się?
— Oszczędziła mi tego; może domyślała się, że mnie, nieśmiałemu człowiekowi, trudno będzie to co myślę, słowami wyrazić. Sama więc wszczęła rozmowę, ale gdy mogłem mniemać, że jestem u wrót szczęścia, oblała mnie takim chłodem, żem oprzytomniał odrazu.
— Jakto?
— Panie Teodorze, — rzekła do mnie, przystępując wprost do rzeczy, bez przygotowań żadnych, bez wstępów, do tylu ofiar, które dla naszej rodziny zrobiłeś, chcesz dodać jeszcze jednę, może największą, chcesz mi dać swoją dozgonną opiekę, zostać przybranym ojcem moich dzieci. Zastanów się dobrze co robisz. Narówni z innymi, masz przecie prawa do szczęścia, a w związku ze mną, tego szczęścia nie znajdziesz. Nie sądź że jestem jeszcze tą samą Cesią, młodą, uśmiechniętą, wesołą. Nie, panie Teodorze, tamta już martwa, ta zaś, którą widzisz przed sobą, to tylko cień, błąkający się po ziemi. Zastanów się, czy chcesz pilnować grobu, czy chcesz być stróżem umarłej, pomyśl?
— Cóżeś jej odpowiedział?
— Powiedziałem tak: chcę być stróżem umarłej, którą, kochałem za życia. Było to jedyne wyznanie miłości, jakie usłyszała odemnie, jedyne, pierwsze i ostatnie.
— Nie sądzę, przecież to kobieta młoda, przywiąże się do ciebie, z czasem zapomni o tamtym, pokocha...
— Nie znasz jej, kochany przyjacielu, nie znasz jej. Zresztą, już takie moje szczęście że mnie nikt nie pokocha na świecie. Ślub nasz odbył się raniutko, zaraz po mszy. Ona była w czarnej sukni, ja w zwykłem, codziennem ubraniu. Stało się, zostałem jej mężem. Przyszliśmy do domu na herbatę. Ona była bardzo wzruszoną — płakała; ja ująłem jej rękę i złożyłem na niej pocałunek. Słyszysz pocałunek, pierwszy i zdaje się ostatni. Potem, wszystko wróciło do dawnego trybu. Ja zamieszkałem w tym samym domu, w pokoiku osobnym na piętrze, ona z dziećmi zajmowała lokal parterowy. Pracy u regenta było dużo, — chleba nie brakło. Aż oto po kilku tygodniach, zaszła okoliczność, która zmusiła mnie, abym się udał do ciebie. Moja żona zaczęła coraz bardziej z sił opadać. Dostrzegłem, że wygląda coraz mizerniej, a twarz jej robi się taka biała i przezroczysta, jak wosk. Przeraziło mnie to. Poszedłem do doktora, który zawsze ją leczył, ażeby zasięgnąć jego rady, zapytać się co robić?
— I jakiż wyrok? Czy przepowiada ci jakie nieszczęście, bo dziwnie ta twoja dola nieszczęsna... aż się nie chcę domyślać doprawdy.
— Nie, przeciwnie, zapewnił mnie że nic groźnego niema, że zdrowie może jej wrócić, obiecywał nawet, że ta twarz woskowa zarumieni się jeszcze; ale do tego trzeba lasów sosnowych, czystego powietrza, mleka. Tem powiedzeniem zabił mi klina w głowę, chodzę jak błędny i dumam, zkąd wezmę dla niej tego lasu, zkąd tego powietrza? Można by co prawda, wynająć gdzie na wsi, domeczek, ale w takim razie, jabym nie mógł być u nich, bo funduszu potrzeba, a jak nie będę pracował u regenta — to zkądże wezmę. Po nocach nie spałem, szukając w myśli jakiego sposobu, jakiej drogi wyjścia — nareszcie dowiedziałem się, że w zarządzie dóbr ***, właśnie wśród największych lasów położonych, wakuje posada kasyera. Pensyjka niewielka, ale ordynarya jest, — żyć można, a co najważniejsza jest ten uzdrawiający las sosnowy, jest powietrze, to zbawienne powietrze, dla niej i dla dzieci. Słyszałem że masz stosunki w zarządzie, pomóż mi, niech ja dostanę tę posadę. Do końca życia wdzięcznym będę, boć rozumiesz, że to nie dla mnie, ale dla