Strona:Klemens Junosza - Za mgłą.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Dwaj ludzie siedzieli na ganku w milczeniu, obaj myśląc o śmierci.
Jeden widział ją już oczyma wyobraźni swej jako przerażająco biały, fantastycznie wysoki szkielet ludzki z błyszczącą kosą śmierci w ręku; drugiemu przedstawiała się ona jako niewidzialna a potężna i nieubłagana siła zniszczenia i rozkładu, jako milcząca wykonawczyni praw niewzruszonych, przedziwnie mądrych, odwiecznych.
Ekonomowi zdawało się, że przerażające widmo wyszło z za lasu, z za góry, że płynie w powietrzu, przesuwa się ponad łąkami, przekracza rzekę, wchodzi już między drzewa i lada chwila wejdzie do tego domu; stary lekarz zaś wyobrażał sobie, jak w konającym człowieku rwą się ostatnie nitki życia, jak zatrzymują się w biegu ostatnie kółeczka tej dziwnie skomplikowanej machiny, powołanej do istnienia i kończącej to istnienie na mocy rozkazów wyższych i praw niezłomnych.
Doktor siedział w milczeniu, zadumany, pogrążony w myślach smutnych; Pakułowski wzdychał i nie śmiał tego milczenia przerywać, chociaż wiele pytań sunęło mu się do głowy.
Ten łudził się jeszcze; zdawało mu się, że niemożebną jest rzeczą, aby człowiek, który jeszcze przed trzema dniami był zdrów, cho-