Strona:Klemens Junosza - Za mgłą.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Panny Jastrzębskie, Ludka i Nina, szczupłe i wątłe dziewczęta, złamane ogromem nieszczęścia, jakie na nie spadło, z płaczem tuliły się do Andzi i jej matki, odczuwając w tych kobietach szczerą, serdeczną życzliwość i współczucie.
Jakoś im było raźniej i nie tak straszno; zdawało im się, że jeszcze nie wszystko stracone, że świeci drobny promyczek nadziei.
Dobre kobiety nie miały serca odjechać, pozostały w Królówce do północy, a potem, na wniosek Andzi, do rana.
Noc przeszła dość spokojnie, zmiany na gorsze nie było. Nazajutrz przyjechali lekarze, na parę godzin wpadł pan Piotr, a przed samym wieczorem przybył stary doktor. Kazał stangretowi zatrzymać konie przy bramie, żeby turkotu przed domem nie robić, pieszo udał się przez dziedziniec.
Przed domem spotkał ekonoma.
— No, cóż słychać? — zapytał.
— Nie wiem, panie konsyliarzu — odrzekł, — ale felczer jakoś głową kręci i mówi, że trzeba będzie znowu po doktora posłać. Pan niespokojnie leży i trochę czkawka go męczy, nie wiadomo z czego, bo przecie nic nie jadł. Dobrze, że pan konsyliarz przyjechał, przynajmniej wiedzieć będziemy, jak się rządzić.
— Zaczekajże tu na mnie, panie Pakułowski, ja do chorego zajrzę i zaraz tu wrócę.