Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nabiegała się kobiecina po całej Warszawie, szukając nowej a dogodnej siedziby i nareszcie znalazła.
Ulica była pryncypalna, punkt doskonały, wszystko tak blizko, że tylko ręką sięgnąć. Sklepik z pieczywem, skład wędlin, sklep z nićmi tuż — a komunikacya z całem miastem, idealna... Tramwaj za tramwajem się toczy, dzwoni, dudni, tylko wskakiwać, kupować bilet i jechać, dokąd dusza zapragnie... Na Kościelnej ani na Przyrynku, takich dogodności nie było.
No — i sam dom! Jaki dom, co za dom!
Ośm okien frontu, trzy piętra, brama jak w fortecy, sień malowana na czerwono, posadzka w niej w deseń, schody białe jak z marmuru, na nich chodnik, na każdem piętrze cynowa panna w negliżu trzyma, w ręce podniesionej wysoko, lampę gazową z kloszem...
Ogromny szyk! Miejscami trochę przybrudzony, gdzieniegdzie odrapany, ale szyk!
No — i jaka ulica, jacy lokatorowie... jakie sąsiedztwa!
Na dole felczer, na pierwszem piętrze dwóch lekarzy, naprzeciwko apteka, o trzy domy dalej zakład pogrzebowy.
W lokalach frontowych, woda na każde żądanie. Można pić ile kto chce, można się kąpać, a na upartego nawet i utopić.
W oficynie dogodności takich nie ma. Gospodarz podobno chciał ponieść koszta i zapro-