Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

rzysta i prowadzi żonę do teatru, Seidenryps też, Rotkraut także, państwo Sztukenmacherowie byli onegdaj, Goldwaserowie wybierają się jutro. Rózia ma być gorsza od ich córek? Ona nie potrzebuje rozrywki?
— Przecie ma rozrywkę... chłodzi się.
— Boleś, ja nie ustąpię. Dlaczego miałabym ustąpić?
— Dlaczego ja mam się upierać? Chcesz być koniecznie w teatrze, będziesz w teatrze.
— I ty z nami?
— I ja. Ja się dziś nadzwyczajnie spracowałem. Oj, Felciu, wierz mi, że przy tych kochanych licytacyach można zdrowie stracić.
— To też odpocznij sobie, próbuj zasnąć.
Pani Silberbaum wysunęła się pokoju, a jej Boleś wyciągnął się na kanapie, zamknął jedno oko, później drugie, westchnął kilkakrotnie i zapadł w głęboki sen.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przy obiedzie zadecydowano stanowczo, żeby iść na przedstawienie.
Pani Felcia i Rózia były bardzo uradowane, szczególniej Rózia. Weźmie nową pelerynkę i kapelusz, w którym jej tak do twarzy. Rózia wie o tem, że jest ładna i że nie tylko młodzi kantorzyści, ale nawet zupełnie obcy panowie na ulicy spoglądają na nią z zajęciem.
Dlaczego nie? Mama jest jeszcze przystojna, tylko ogromnie tęga, okazała dama; w tram-