Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

podziela, że pomówi z mężem i delikatnie wybada Kamilcię. Wszystko miało być oczywiście w wielkiej zachowane tajemnicy, do czasu, ale dziadek zwierzył się panu Wincentemu, ten zaś kiwnął głową z uśmiechem i rzekł:
— Proszę pana dziedzica, ja zaraz, z przeproszeniem, zwąchałem pismo nosem... i tylkom spojrzał na tego warszawiaka, pomyślałem: nie na grobli koło starej cegielni ty paniczu uwiązłeś, ale tu, we dworze i już cię stąd czterema parami wołów nie wyciągnie...
Nareszcie ukazało się słońce w całym blasku, ciepłe, wiosenne. Dziadek wytłómaczył swym gościom, że należy poczekać aż wody spłyną i drogi obeschną. Czekano na to znów tydzień, który szybko upłynął; trawniki w ogrodzie zaczęły się zielenić, na wierzbinie ukazały się kotki, na krzakach agrestu drobne listki. Wiosna budziła ziemię do życia, nad zagonami dzwoniły piosnkę szare skowronki, woły zaprzężone do pługów kroczyły po polach, odwalając długie skiby tłustej roli.
Przed gankiem powóz stał, usadowiła się w nim pani Ewelina z synem.
— Szczęśliwej drogi, prosimy pamiętać o nas!...
— Za dwa tygodnie będę — zawołał pan Jan.
Konie ruszyły.
— Widzisz, Kamilciu — rzekła babka, całując rozpromienioną wnuczkę — widzisz, moje dziecko, passyans wyszedł.