Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Albo ja wiem — odrzekł dorożkarz — miejsce jakieś zaklęte; chyba że mnie złe tam zaprowadziło.
— No, mój bracie — odezwał się rządca — jeżeli ty tam wpadłeś, to ci jedna para koni nie pomoże... ze cztery woły trzeba, żeby ciężką brykę wydobyć?...
— Cóż ja nieszczęśliwy teraz zrobię i gdzie tych państwa podzieję?...
— Sameś sobie winien, trzeba było od figury na lewo objechać, ludzie tak zawsze robią, a na starą groblę nikt się podczas roztopów nie puszcza.
— Ba! żebym ja był wiedział...
— Nie ma co — rzekł dziadek — jużci trzeba go poratować.
— Zapewne — dorzucił rządca — w takiej przygodzie, nie po chrześcijańsku byłoby biednych ludzi zostawić.
— O! niechże panom Bóg da zdrowie, niech stokrotnie na wszystkiem wynagrodzi.
— Ciekawym kogo on wiezie? — rzekł dziadek. — Nie znasz tych państwa?
— Skąd? w naszym stanie, jak wiadomo, kto się każe wieźć a płaci, to go się wiezie. A! na śmierć zapomniałem w tem zmartwieniu — dali karteczki dwie... Mówili: do kogo trafisz kartki pokaż, w tych stronach nas znają.
To mówiąc, podał dziadkowi dwa bilety wizytowe.