Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wygląda to na komedyę... zresztą nie wiem, nie mam prawa sądzić, ale...
— Co, moja droga?
— Nie wiem, czy wypada mi się odzywać o nim w ten sposób, tem bardziej, że jak mówiłaś przed chwilą, jest to wasz dawny przyjaciel...
— A cóż powiedzieć o nim chciałeś?
— Że wydaje mi się niesympatyczny... Zapewne mogę się mylić, ale takie robi wrażenie...
Moja kochana, dużoby o tem było mówić... Przy sposobności opowiem ci historyę naszej znajomości z tym człowiekiem, a znajomość to nie dzisiejsza i... ale patrz-no, młodzi czasu nie tracą, odsunęli się od nas dość daleko, zbierają kwiaty, zdaje się...
— Chodźmy za nimi powoli... Szczęśliwe to, najszczęśliwsze w życiu chwile młodości. Wszystko wówczas wydaje się dobrem, pięknem jasnem; zachwyca śpiew ptaszyny, barwa kwiatu, zieloność liści... Pamiętasz nasze majówki pensyonarskie, Zeniu?
— Czy pamiętam! Zdaje mi się, że mam przed oczami wesołe grono rozbawionych dziewcząt, rozsypanych po łące, niby pstre motyle. Ileż tam było gwaru i śmiechu; nawet surowa zwykle i dziwnie poważna nasza madame, śmiała się szczerze z figlów naszych...
— Śliczne to były czasy, te dni dzieciństwa bez trosk, bez kłopotów życia, bez jego ciężarów...