Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z dziecka stawała się ładną, pełną wdzięku panienką, inaczej już na nią spoglądał i przyszedł do wniosku, że ładniejszej i milszej żony dla siebie nie znajdzie. Myśl ta opanowała go zupełnie i, nie długo czekając, wyjawił ją ojcu panny Jadwigi.
Słało się to, podczas wycieczki zamiejskiej. Byli tylko we dwóch, mogli rozmawiać swobodnie.
— Słuchaj, Korolu — rzekł pan Wacław, — jesteśmy przyjaciele...
— No, bez wątpienia.
— Mnie przychodzi mylś, jak sądzę, dla nas obu dobra i praktyczna.
— Cóż to takiego?
— Krótko mówiąc, daj mi Jadwinię za żonę.
Pan Karol, zaskoczony nagle propozycyą, której się wcale nie spodziewał, na razie nie znalazł odpowiedzi i milczał; przyjaciel nalegał.
— Bądź szczerym — mówił, — jeżeli masz mi co do zarzucenia, to powiedz...
— Ona ma ledwie szesnaście lat, jest dzieciak, ty zaś, Wacławie...
— Sądzisz, żem starzec, przypatrz mi się uważnie; ani jednego siwego włosa na mej głowie nie znajdziesz... Jestem zdrów, rzeźki i mam to przekonanie, że wielu młodzików przeżyję, gdyż dbałem zawsze o siebie i dbam, nie popełniałem żadnych nadużyć, prowadziłem życie regularnie jak zegarek. Tak, regularne, sy-