Strona:Klemens Junosza - Z mazurskiej ziemi.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Głowa opada na piersi, cały korpus pochyla się nareszcie mimowolnym ruchem. Łaciarz podłożył ręce pod głowę, wyciągnął nogi i usnął...
Dwie wrony kracząc zakreślają koła w powietrzu. Nareszcie siadły na zagonie i zdaleka, przekrzywiając głowy, przyglądają się śpiącemu.
Potem wzlatują znów w powietrze i z góry przypatrują mu się bacznie, kracząc krzykliwie...
Dziwi ich zapewne dla czego ten żyd śpi przy drodze? — że nie umarł jeszcze wiedzą dobrze — ba! wrony doskonale znają się na tem.
Już słońce zniża się ku zachodowi — po drodze chociaż błotnistej, jedzie szybko wóz drabiniasty, w dzielne trzy konie zaprzężony. Na wozie, na siedzeniu ze słomy, siedzi pan Jacenty ekonom z sąsiedztwa, fornal Grzela powozi. Jadą po jakąś maszynę widocznie, bo wóz dobrze słomą wyłożyli i obroku na parę dni mają ze sobą.
— Stój, Grzela, stój! — woła Jacenty — patrzno kto tu leży?
Grzela wstrzymał konie.
— A dyć, to panie, chyba zyd...
— Czy pijany? czy chory?
— E panie, może umarty, to uciekajmy lepiej, bo nas będą wodzić tam za świadków.
— Pewnie, ale trza obaczyć, jak żywy to go weźmiemy na furę, a jak trup to w nogi!
Grzela zeskoczył z wozu...
— Panie! to je łosicki zyd, Judka, ale musi zywy, bo krzynkę jesce dycha.