Strona:Klemens Junosza - Z Warszawy.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— W takim razie, wracaj pan do domu.
— Za nic na świecie.
— A to okropność; to panie jest nieuczciwość, podstęp, podejście — tak się nie godzi.
— A brukwią porządnego człowieka żywić to się godzi...
— Sprzedam brukiew, kiedyś pan taki grymaśny.
— Aha! i kupię natomiast pasternaku albo rzepy. Nie głupim, pani dobrodziejko, nie głupim, kochajmy się, ale zdaleka.
— Co ludzie powiedzą?!
— Co nas to może obchodzić. Każdy zrozumie, że pani ma swoje przyzwyczajenia, ja swoje; a nie jesteśmy już oboje w takich latach, żeby można zmieniać dawne nałogi. Ja przynajmniej nie czuję dość sił na to, pani zapewne także. Urządzimy się więc tak, żeby nam obojgu dobrze było. Ja tu zostanę w mojem dawnem kawalerskiem mieszkaniu, gdzie przesiedziałem lat czterdzieści i jadać będę o tej samej porze i to, co przywykłem jadać od lat czterdziestu; a co się tycze małżeństwa naszego — na każde zawołanie jestem, do hypoteki — to do hypoteki, do rejenta — to do rejenta, wszędzie gdzie i mogę być pani użytecznym, wyłączając naturalnie dachy, piwnice i wogóle miejsca uczęszczane przez koty, lub przez szczury.