Strona:Klemens Junosza - Z Warszawy.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ja mu się pokłonię!
— Kazał się pani kłaniać, a mnie dał parę groszy na szpilki — dobry pan.
— O tak, dla was każdy pan dobry, dla tego, że każdy jest gałgan... to znana rzecz od dawna. I dokąd się pan wyprowadził?
— Na Leszno, proszę pani.
— Numer?
— Nasz stróż wie.
— Dowiedz się natychmiast.
Wypiła herbatę duszkiem, ubrała się w suknię czarną i namarszczona, groźna, pojechała na Leszno. Właśnie pan Andrzej ustawiał na biurku drobne graciki, gdy weszła do pokoju.
— Pani tutaj? — zapytał zdumiony.
— Zdaje mi się — odrzekła głosem grobowym — że czy tam, czy tutaj, żona powinna się znajdować przy mężu.
— Więc pani ma zamiar sprowadzić się tu? — zapytał przerażony.
— Tu byłoby mi za ciasno, ale mam zamiar sprowadzić pana do siebie.
— Co to, to już nie; przepraszam, ale nie mogę: życie mi jeszcze miłe i chciałbym te kilka lat, jakie mi pozostają...
— Masz mnie pan za zbrodniarkę, czyż chciałam pana zamordować?