Strona:Klemens Junosza - Wianki.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Schroniło się dziewczę w wysokie poddasze,
Igiełką zdobywa kęs chleba,
I krząta się biedna i śpiewa jak ptaszę,
Jak kwiatek uśmiecha do nieba, —
Głód z mrozem tam często do okna zagląda,
A ciężkie jest jego wejrzenie,
Lecz dziewczę prócz pracy nic więcej nie żąda, —
Skromniutkie dziewczęcia marzenie, —
Więc śpiewa piosenki wesołe a nasze,
Schroniwszy swą biedę w wysokie poddasze.

Ktoś sięgnął po wianek, a złote miał dłonie,
Jedwabnym łachmanem szeleścił,
I dumka usiadła dziewczęciu na skronie,
Tak mile ten szelest ją pieścił,
Wszak głód jest nie słodki, nie słodkie są mrozy,
Próżniactwo to silna pokusa,
Mieć jedwab, mieć konie i własne powozy,
Do licha, to warto całusa,...
Hej patrzcie na wodzie, wianeczek już tonie,
Ktoś sięgnął i dostał, a złote miał dłonie.

Na świecie słowiki zmieniają się w lwice,
Do licha! to gruba zamiana...
Patrz wino szampańskie rozgrzało jej lice,
Jak skacze szalenie kankana...
Trzech głupich się składa na czwartą szaloną,
A jeszcze tłum gapiów w odwodzie,
Hej toną wianeczki, i często zby toną,
Lecz w winie co prawda nie w wodzie,
A złoto oślepia tak jak błyskawice,
I słowik na świecie zamienia się w lwice.

Już nie ma was nie ma, skromniutkie wy wianki,
Któż wyjdzie za wami na pole,
Kto z polnych bławatków uwije równianki,
Kto nosić je będzie na czole?