Strona:Klemens Junosza - Wianki.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Pytały dziewczęta milczącej głębiny...
Jak długo im czekać sokoła,
Czy rychło kto przyjdzie z odległej krainy...
I wianek zabierze z ich czoła.
Szły wróżyć los wiankom, dziewczątka szły młode,
I po to w Sobótkę chodziły nad wodę.

Świat dzisiaj zupełnie odmienił swą postać,
Na lądzie puszczają się wianki;
Nie trzeba już łódki, by schwycić i dostać
Wianeczek ze skroni kochanki;
Bo wianki ze stucznych dziś kwiatów są wite,
Kwiat każdy rublami się płaci,
Nie wianek dziś gonią, lecz gonią kobiétę,
Żeglarze w pomysły bogaci...
I któraż z swym wiankiem potrafi się ostać?
Świat dzisiaj zupełnie odmienił swą postać.

Ojcowie na handel puścili cór wieńce,
Merkury miłości jest bogiem,
Nie przyjdą ubodzy, lecz dzielni młodzieńce, —
Stanęła kareta przed progiem,
Z karety jak mumja dziad wyszedł spruchniały,
O cyfrach pogadał coś z papą,
I zabrał bez trudu wianeczek ten mały,
Wychudłą trzęsącą się łapą...
I w krótce zięć z teściem się ujął za ręce,
Ojcowie na handel puścili cór wieńce...

Lecz wianek łagodny w swej zemście jest srogi,
Dziad skory nie znalazł spokoju,
Przybytek Nababa rozkoszny i błogi,
Dziś placem długiego jest boju.
Błysnęły w jej oczach ogniste rakiety,
Źrenica jak wulkan się żarzy,
By pożar zagasić w serduszku kobiety,
To dzielnej potrzeba jest straży, —
Z łysiny starego strzeliły dwa rogi,
Bo wianek łagodny w swej zemście jest srogi,