Strona:Klemens Junosza - Stara kamienica.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   32   —

— Któż przeczy? lecz w epoce angielskich kortów i glansowanych rękawiczek, gość źle ubrany nie ma racyi bytu. Dziś nawet dziad co cię o trzy grosze molestuje, nosi tytuł „wstydzącego się żebrać“ — złodziej nazywa się „niechętnym prawu o własności“, a kobieta bez czci „upadłym aniołem“... Jeżeli więc jednostka lubi wszystko obwijane w bawełnę, dla czegoż odmawiać tego prawa społeczeństwu całemu? Daj mu prawdę, ale niech ta prawda będzie przystrojoną w kwiatki, osłodzoną komplementem, wypowiedzianą w formie o ile możności najdelikatniejszej.
— Któż ją wówczas rozumieć zechce?
Nowy gość przerwał rozmowę.
Był to we własnej osobie imci Piotr Panewka, stróż od pani Dulskiej.
— Co to chcesz, mój człowieku? zapytał Bolesław.
— Nie mogę wiedzieć, proszę wielmożnego pana...
— A któż cię tu przysłał?
— Nie mogę wiedzieć, wielmożny panie.
— Czegóż więc chcesz?
— Mam list, wielmożny panie...
— Dawajżeż prędzej.
— Słucham, wielmożny panie.
To mówiąc, zaczął powoli wydobywać z za rękawa mały bilecik, który wreszcie po długim namyśle oddał Bolesławowi, mrugając przytem oczami w sposób bardzo znaczący...
— To wy jesteście od pani Dulskiej?
— Akuratnie, od Dulskiej, wielmożny panie.
— A pijecie piwo?
— Akuratnie piję, wielmożny panie.
Bolesław dał mu złotówkę.
— Pokornie dziękuję wielmożnemu panu rzekł stary, ale wciąż mrugał oczami, wskazując głową na pana Jóżefa.
Ten domyślił się jakiejś missyi konfidencyonalnej i wyszedł.
Zaledwie drzwi zamknęły się za nim, Panewka obejrzawszy się na wszystkie strony, zaczął na wpół z płaczem.
— Paniczu, ratujcie panienkę! tyż i ta jędza, choćby na ten przykład moja pani, straszecnie jej zapieka, ani na świat nie puszcza — jeno dudli i dudli nad głową. Panie odpuść tak samo zasuszyła i nieboszczyka indyka, niby pana Dulskiego.... to i ta chudzizna przy niej zawiędnie, a szkoda, bo takie ładne jak obrazek święty, a dobre... już wy podobno sami o tem wiecie paniczu...
List Kazi był pełen żalu i rozpaczy, zdawało się, że ją pogrzebano żywcem, że przykryło ją wieko trumienne.
Bolesław w pierwszej chwili chciał ją odebrać przemocą — później chwycił za pióro i zaczął kreślić bilecik pełen ognia, ale Panewka przerwał mu pisanie.
— Pan chcą pisać? zapytał.
— Kilka słów.
— Kiej nijakiego pisania ja nie wezmę, boby ten herod, choćby i pani Dulska, zaraz wypatrzyła...
— Więc jakże?
— Co tylko panicz chce to zrobię, aby jeno na giębe, przez żadnych piśmów, już ja akuratnie i wiernie co do słowa papience opowiem.
— A więc powiedz jej, mój bracie, żeby była spokojna, że ja o niej pamiętam, niech nie płacze, niech czeka i ma w Bogu nadzieję.
— Właśnie tak jej dokumentnie powiem, niech panienka pamięta, żeby panicz był spokojny, niech panienka płacze i niech nie czeka, bo jak to powiadają, w Bogu nadzieja a w torbie chleb! a nie kijem go to pałką — przecież człowiek tyż przez edukacyi nie jest, dodał półgłosem.
Ten monolog wypowiedział starowina już za drzwiami i śpieszył do zaklętej kamienicy, dumny ze swej missyi i szczęśliwy z dobrego uczynku, a bardziej jeszcze ze złotówki, za którą mógł sobie sutą wyprawić libacyę.

ROZDZIAŁ IV.
Traktujący o artystycznej hygienie i pantoflach niebieskich z roku 1842.

Imci pan Rafał stryj Bolesława był to poważny człowiek: Kształty zaokrąglone nadawały jego osobie pewien wyraz solidności, a twarz pełna, nader starannie wygolona, świadczyła o błogim stanie ducha niezaniepokojonego żadną troską, ani też niewzburzonego przez myśl nieposłuszną, co się gwałtem gdzieś w nieznane strony wydziera, słuchając głosu serca wołającego: excelsior!
Pan Rafał był amatorem sztuk pięknych; lubił obrazy piękne po dobrem śniadaniu, przepadał za poezyą wieczorem, to jest między herbatą a wistem.
Teatr również cieszył się jego protekcyą, ale trzeba przyznać, że chociaż p. Rafał był zwolennikiem dramatu, chociaż szanował operę — nadewszystko jednak przekładał balet.
Chóry lekkich, powabnych sylfid, amorków z muślinowemi skrzydłami i innych wesołych służebnic Terpsychory, cieszyły się szczególnemi jego względami. Rozkoszował się niemi... przez lornetkę chociaż.
Zresztą trzeba przyznać, że pan Rafał był wynalazcą hygieny artystycznej, wedle prawideł której zwykle postępował.
Jako dobry katolik i konserwatysta pościł — a zwykle w takim dniu pośpieszał na dramat. Wygłodzony nieco, nie obawiał się już żadnych snów trapiących i przykrych, — był pewny, że w sennem marzeniu nie stanie przed oczami duszy jego ani bohater tragedyi z piersią mieczem rozdartą, ani czarny charakter z zatrutą czarą w dłoni, ani też piękna, kochająca bohaterka