Strona:Klemens Junosza - Stara kamienica.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   30   —

stencyi, młodzi ludzie znajdowali możność swobodnej wymiany myśli.
Co słyszały drzewa w ogrodzie podczas ich przechadzek, co słyszały liście bluszczu zwieszające się w ganku, tegoby na wołowej skórze nie spisał... a kto wie, czyby się na słoniowej zmieściło?
On patrzył jej w oczy i mówił ogniście, z zapałem... Świat reformował, ludzkość doskonalił; uszczęśliwiał wszystkich dokoła.
A co było w tych przemówieniach barw różowych!! — trzy kamienice omalowałby niemi! Co tam było słodkich złudzeń, najpiękniejszych teoryj, a ile serca, ile uczucia, ile wiary w przyszłość!...
Zaprawdę, młodość jest przedziwnym wynalazkiem; jeśli jej nie struje zepsucie przedwczesne, nie skazi zetknięcie się z brudem i szpetnością — to jest ona sympatyczną, piękną, miłą, woniejącą, otoczoną auerolą świetnych promieni.
Czemuż to nie trwa wiecznie? czemu życie odziera kwiat po kwiatku i listek po listku z tego cudownego wieńca — tak, że codzień go ubywa i ubywa, aż pod koniec zostaje tylko łodyga sucha, czarna i garść nici, któremi był wieniec spowity?
Czemu?...
Owóż gdy pan Rafał z ciocią Zofią zajmował się rozmową, do której proboszcz dorzucał jakieś sentencye, lub też kto z sąsiadów mieszał swoje tak zwane „trzy grosze“, młodzi jak łątki bujali po ogrodzie, spowiadając się z myśli swoich i wymieniając zdania co do poglądów na świat i przyszłość...
Czy opowiadać treść tych rozmów? czy rozwijać pasmo owych złotych marzeń przeplatanych różami? — nie sądzę. Analiza odarłaby je z uroku, zimny, trzeźwy pogląd uznałby całą ich niepraktyczność, doświadczone oko dostrzegłoby z poza obsłonki barw różowych, szyderczą twarz rzeczywistości śmiejącej się w oczy złudzeniom....
Dni ubiegały, niby sen rozkoszny, a w tych długich, serdecznych rozmowach gawędzono o wszystkiem, oprócz miłości. I pocóż było o niej mówić, kiedy ona sama przejawiała się w spojrzeniach i uśmiechach, w radościach i tęsknotach przelotnych, co jak chmurki przebiegały po jasnem niebie ich szczęścia.
Raz tylko, kiedy się mieli rozłączyć na czas dłuższy, on mówił jej coś o uczuciu... ścisnął serdeczniej za rączkę. Zrozumieli się.
Od owej chwili powstała pomiędzy nimi jakaś bliższa zażyłość, jeżeli tak się wyrazić wolno; ona widziała w nim przyszłego towarzysza życia, on zaś w niej wcielenie ideału, do którego skierować miał wszystkie myśli i dążenia swoje.
Lecz na tę młodą roślinkę kiełkującego od niedawna uczucia miał powiać wiatr zimny i rzucić pierwsze nasiona przeszkód, które wyrastać miały na drodze do szczęścia.
Ciotka Zofia zaziębiła się i po krótkiej chorobie umarła — dworek opustoszał, wioska poszła w dzierżawę — a Kazia, potrzebując koniecznie kobiecej opieki, dostała się pod opiekę szanownej cioci Dulskiej, i oto przyczyna, dla której widzieliśmy młodą osobę płaczącą nad portretem ukochanego i ciocię Dulska padającą na ziemię z oburzenia i zgrozy.

ROZDZIAŁ III.
W którym niema ani pięknych krajobrazów, ani jeszcze piękniejszych sylwetek niewieścich.

Szczęśliwy malarz!
Machnie parę razy pędzlem, rzuci tę lub ową barwę na płótno i już powiedział wszystko!
Widz staje przed stalugami i ma przed sobą odrazu cały dramat, ze wszelkiemi szczegółami akcesoryami, bohaterami i komparsami.
Z pisarzem dzieje się nieco inaczej. On musi prowadzić czytelnika po piętrach, wozić go po groblach i najgorszych drogach, prowadzić podczas chłodnych nocy do ogrodu, wznosić za ptaszkami w powietrze, za rybkami złotemi prowadzić do wody, za gwiazdami i piorunami w obłoki.
Tym razem jednak nie tak wysoko pójdziemy.
Pójdziemy do skromnego kawalerskiego mieszkania na trzecie piętro.
Nie jest to typowe schronienie wesołego pustaka, w którem nieład wewnętrzny dopełnia nieładu życia na zewnątrz; nie jest też ono opatrzone w tysiączne udogodnienia, na jakie zdobywa się pedantyzm starego kawalera-samoluba.
Jasno i czysto, mebelki skromne, stół zarzucony papierami, szafa pełna książek.
Nad biurkiem wisi duży portret poważnego człowieka z siwym, zawiesistym wąsem i kobiety niemłodej, której rysy wyrażają zacność i szlachetność. Jak się łatwo domyśleć to rodzice tego, co pracuje przy biurku.
Pomiędzy portretami rodziców wisi fotografia Kazi, w skromnej rameczce białej, wyrobionej z lipy, może z owej wioski podgórskiej pochodzącej.
Bolesław siedział przy biurku i pisał.
Na twarzy jego malowała się boleść, gorycz jakaś, to znowuż zmarszczki gniewu rozchodziły się, czoło stawało się gładkiem, na ustach błąkał się uśmiech nadziei...
A tak go ta praca zajęła, tak go porwała niejako, że ani słyszał, jak wszedł młody człowiek z sarkatycznym uśmiechem na ustach, usiadł na najbliższem krzesełku, zapalił cygaro i w milczeniu przypatrywał się obłoczkom dymu unoszącym się w powietrzu.
Nareszcie ozwał się przybysz.
— Założyłbym się, że ta chwila przynosi wa-