Strona:Klemens Junosza - Skarby ziemi.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Niech tylko wyjdą na rynek sługi moje, a zadmą w rogi bawole i zawołają po trzykroć: „bakczysz!“
— Stanie się głos do wiernych i do franków, aby znosili złoto do skrzyń naszych, a my im damy po kawałku węgla. I przyniosą nam złota mnogość, za te skarby kupimy niewolników tysiące.
— Otworzymy ziemię rękami ich; a weźmiemy skarby rękami naszemi.
— A ile pieców ogrzewa siedziby ludów, tyle rupji napełni mieszki nasze.
I odział Ali Jacoba w przednią szubę z soboli drogich i dał mu w ręce róg szczerozłoty, i niewolników rzeszę i rzekł:
— Trąb, trąb Jakóbie, a wygłaszaj myśli twoje we wszech zakątkach Iranu, zwołaj wierne i niewierne, a niechaj nie będzie dna w worach twoich.
I poszedł Jakób uczynić trąbienie na ulicach Teheranu, a w domu Alego panowała radość i wesele.
I rozdzielił Ali dziewięć tysięcy piastrów między sługi swoje, a dał im rozkazanie, aby głosili światu mądrość Ben-Jacoba.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I wyszli wszyscy wierni i niewierni na ulice Teheranu i słuchali trąbienia onego.
A kto nie mógł się docisnąć do konia i nie mógł dosłyszeć słów jeźdźca, czytał na słupach wielkich to, co słudzy Alego wypisali krwią wielbłądzią na skórach oślich.
A pisanie owo zawierało w sobie te słowa: