Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Tak upływały lata, cicho, jednakowo, spokojnie, tylko dach na chacie gajowego poczerniał, a starym więcej włosów siwych przybyło.
Dziecko wyrosło już na dzieweczkę hożą, dorodną, o dziwnie błyszczących, wymownych, czarnych oczach. O przeszłości swej Hania wiedziała niewiele, smutne obrazy dzieciństwa zatarły się prawie całkiem w jej pamięci, nie zastanawiała się też nigdy nad tem, kto byli jej rodzice, gdyż całem sercem przywiązała się do swych opiekunów. Ludwika nazywała ojcem, Ludwikową zaś matką, i przez myśl jej nawet nie przeszło, żeby był na świecie ktoś inny, mający do tego tytułu prawo.
Wogóle była to kwestya, która Hanię mało zajmowała. Często jednak stary Ludwik myślał o tem, kilka razy nawet wyjeżdżał w okolice, dopytywał się, badał, ale za każdym razem smutny i zgnębiony z tych wycieczek powracał. Chodził też do dworu i dziedzica prosił, żeby mu w tych poszukiwaniach dopomógł. Podobno też dziedzic listy w różne strony popisał, nawet w gazetach ogłaszał, ale żadnego śladu nie odnaleziono, a tajemnica pochodzenia Hani pozostała, jak przedtem, zagadką.
Raz wieczorem, już na późnej jesieni, zdawało się Ludwikowi, że w lesie dostrzega jakieś oddalone światełko.
Zarzucił tedy strzelbę na ramiona, świsnął na psa i w tamtę stronę poszedł. Aczkolwiek ciemno już było, znając jednak las doskonale, szedł śmiało wązką ścieżką, wydeptaną w gęstwinie.