Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

też dałem — i znów czekam — nic. Jużem głowę stracił do szczętu, ale myślę, ryzyk fizyk! trza ratować. Akuratnie proszę wielmożnego dziedzica żona moja miała takie apteczne lekarstwo, przez urazy wielmożnego pana, od kobiecej słabości, takoż i to dałem.
— Coś ty, zwaryował?!
— Gdzie zaś? jeno człowiek niewiedzący wszystkiego próbuje — ja myślałem, że może się we wole co wzruszyło... potem rozcieraliśmy go kołkiem, a potem Ignacowa zamawiała i zaraz też zdechł.
— Czegożeście go nie dorznęli?
— A jakże panie, ino tylko co zdechł, zaraześmy mu grzdykę przerznęli, ale krew nie szła — żydy już byli, mięso kupią do miasta; takie miał biśtyki, jak słonina...
— Oj Boże, Boże, ja tu zginę przy was!... Do lasu posłałeś?
— Zaraz fornale jadą — tylko nie wiem, kto Szczepanowemi końmi pojedzie?
— Ano któż? Szczepan!
— Właśnie, wielmożny panie, że nie, bo się wczoraj spił jak cztery dziewki, zadatek rznął o ziemię i powiedział, że nie chce służby znać.
— Cóżeś mu na to?
— Straszyłem go wielmożnym panem i prześwietnym sądem... ale gdzie on i wielmożnego pana i sąd odesłał, to nawet wstyd powtórzyć...
— Możesz nie powtarzać — więcej nic?
— Bogu dzięki — tymczasowie nic.