Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

wiejskiej, kwilene nad brakiem kredytu — to znowu jakiś świst szyderczy, sarkastyczny, jakby skierowany przeciw obietnicom naszych znanych, zapowiadających bank rolniczy.
Tak chrapać potrafi tylko szlachcic.
Dziwna rzecz, że od tych jęków, zgrzytów i westchnień bezwiednych nie spadła z kołka wisząca nad łóżkiem dubeltówka, że zegarek z pantofelkiem zielonym nie uleciał w powietrze...
Lecz i chrapanie ma swój koniec.
Była to godzina, o której karbowy przychodził po klucze.
— Co u licha, dziś go jakoś nie widać!? czyżby spał jeszcze? Nie, to niepodobna.
Pan Jakób świecę zapalił.
— Magda! Magda! — krzyknął głosem donośnym.
Na to wezwanie stawiła się Magda — zdrowa piękność, o krzepkim szkielecie, świetnie rozwiniętej muskulaturze, czerwonej twarzy i włosach konopnych.
Pan Jakób nie patrzył obojętnie na Magdę, była w jego guście.
— Słuchaj-no, Magdusiu — szepnął możliwie pieszczotliwym basem, — co to znaczy, że Sadłowski nie przychodzi po klucze?
Na twarzy Magdy malował się smutek jakiś i zakłopotanie... Mięła fartuch w ręku — poprawiała chustkę na głowie, milcząc.
— No, gadajże, był Sadłowski po klucze, czy nie?
— Gdzie zaś, nie był.