Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/172

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    Tratew robi się już coraz więcej. Już powiązano je w pasy, już słomiana budka na nich stoi... lada dzień odpłyną.
    Mojsie ma jechać do samego Gdańska... do tego miasta, o którem cuda słyszał, gdzie drzewo z całego świata przypływa i dokąd się kupcy z całego świata zjeżdżają.
    Mojsie zobaczy wielkie okręty, nadzwyczajnych pieniężników, szwargotać będzie z milionerami. On tam pozna świat, zobaczy interesy, jakich nie widział jeszcze, ruch, o jakim nie miał pojęcia.
    Był w Gdańsku, już powrócił, nabrał takiego glansu, że go ludzie zupełnie inaczej traktują. Gdy przyjdzie do bogatych krewnych, pozwalają mu siedzieć, częstują herbatą! Abram prosi go o cygaro z Gdańska. Owszem, Mojsie daje, nie jest skąpy, nie będzie się targował o jedno cygaro, chociaż kosztuje go trzy fenigi pruską monetą, ale jaki zapach ma, jakie czarne jest, jakie mocne, a duże!... Kosztuje trzy fenigi, to prawda, lecz jest co trzymać w ustach i można użyć smaku. Pali się najmniej trzy godziny, a dymu daje tyle co komin, przytem ma jeszcze tę zaletę, że jest pruskie, że przyjechało tu do miasteczka, dzięki zręczności Mojsia, ominąwszy wszelkie niepotrzebne formalności.
    Mojsie jest teraz osoba, człowiek z glansem, prowadzi na swoją rękę interesy, a jeżeli faktoruje trochę, to w grubszych sprawach.
    W mieście już jego głos znaczy, musi znaczyć, bo Mojsie ma własny dom o czterech stancyach,