Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Pisarz leśny odsapnął i obejrzał się wkoło. Zdawało mu się, że jego osoba z całym swoim honorem i godnościami musi położyć się na ziemi, poleżeć i odpocząć, choćby tylko przez godzinę, aby nabrać siły do dalszej drogi.
Wieczór się już zrobił, ludzie z łąk powrócili do domu, słońce zaszło. Mojsie zauważył, że niedaleko drogi jest łąka, a na niej liczne kopice świeżego siana. Kilka wielkich olch rosło nad rzeczką, a w oddaleniu czerniał las, ale nie ten, w którym Mojsie miał rozpoczynać swoją karyerę. Do Przetaczkowa od tej łąki jest jeszcze ze dwie mile drogi.
Mojsie zeszedł z drogi i przybliżył się do kopicy. Siano było w niej już dosuszone, pachnące, pełne ziół aromatycznych i kwiatów. Rozgarnął je ręką i położył się wygodnie nawznak, zmęczonym kościom dał wypoczynek, oczy pasł widokiem gwiazd, które wysoko na pogodnem niebie jaśniały.
Prześliczna była ta noc letnia, rozpoczynająca się zaledwie; ogarniała ona ziemię słodkiem, łagodnem tchnieniem, przynosiła balsamiczną woń lasów i orzeźwienie po dziennym upale.
Może nigdy jeszcze ten człowiek z godnej familii nie miał tak rozkosznego spoczynku.
Zapach kwiatów polnych upajał go, wietrzyk chłodził mu czoło, marzenia o przyszłości napełniały radością. Wziął do ręki garstkę siana i przypatrywał się ściętym roślinom, o ile na to mrok pozwalał. Poznał koniczynę.
— To jest śliczny kwiatek — pomyślał, — najpiękniejszy kwiatek na świecie. Korzec bywa po trzydzieści rubli i drożej. Cudny kwiat! Może jeszcze