Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

smyku, mam sześciu czeladników i trzech chłopców, a sam też coś znaczę. Jeżeli od dziś za trzy tygodnie nie ożenisz się z Józią, przyjdziemy tu wszyscy i stłuczemy cię na leśne jabłko, po ślusarsku.. On zaczyna się wykręcać; a to, powiada, funduszu nie mam, a to to, a to owo. O fundusz, mówię, to moja głowa, a ty, jeżeli ci kości miłe, żeń się.
— I ożenił się?...
— Niechby spróbował nie ożenić się, poznałby ślusarskie pięście!...
— Byłeś pan na ślubie?
— Nie mogłem. Czeladników posłałem, żeby byli świadkami... a później przez dobrego znajomego posłałem pieniędzy, dopomogłem. Nie chciałem już ich więcej znać... No, teraz wiesz pan, kto jest Malinowska?... pani Malinowska!...
— Mówiłeś pan, żeś im najmłodszego syna trzymał do chrztu?
— Cóż miałem robić? Z początku, zaraz po tym wypadku, zamknąłem się w domu, nie wychodziłem prawie na ulicę. Sprowadzałem książki z czytelni i czytywałem dniami całymi. W jakiś czas później spotkałem ją na ulicy.
— Józię?...
— A tak. Mizerna była biedaczka, chora. Jakże nie zapytać, nie dopomódz? Żałowała swojej lekkomyślności, ale cóż, już się nie wróci. Czasem ich odwiedzam, na tej samej ulicy mieszkają, na Tamce. Chodźmy stąd, duszno mi jakoś...
Przy bufecie gospodyni zapytała:
— Już? Tak wcześnie? Dokądże pan Telesfor śpieszy?