Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

pomocy, ale potem!... Co ich obchodziło, czy wdowa wychowa dzieci i czy z głodu nie zmarnieje? Małoż to biedy w Warszawie? Mnie jednak żal ich było... Patrzyłem na śmierć tego biedaka własnemi oczami... a ta Józia... śliczna była, powiadam ci, kochany panie, krew z mlekiem...
— Domyślam się...
— Niewielka sztuka!... Ja byłem wtedy o dwadzieścia lat młodszy, kawaler jako i dziś jestem, nie biedny, pomyślałem tedy: niech co chce będzie, wychowam sobie żonę po swojemu, dla siebie, będę miał przyjaciółkę, wychowankę, wdzięczną za to, com dla niej uczynił...
— Zawiodła?...
— Czekajże pan. Umyśliłem to zrobić porządnie, uczciwie, po gospodarsku. Poszedłem do wdowy i powiadam wprost, co myślę: dopomogę pani, chłopców ulokuję, szczędzić na nic nie będę, a za to Józia za dwa, trzy lata będzie moja... żona, ma się rozumieć. Co moje, to i jej; majątku do grobu nie wezmę, ani go za życia nie przepiję. Stary jeszcze nie jestem, będę dla niej mężem kochającym, dobrym, a jeżeli ona również mnie uszanuje, to jej nic na tym świecie nie zabraknie... Zdaje się, żem źle nie postąpił?...
— Owszem... ale jakże wdowa?...
— A panie! wdowa mi do nóg, Józia mnie ucałowała po rękach, a po całej Tamce, na Solcu, na Furmańskiej nawet gawędy takie, że aż się mury trzęsły. Józi zazdrościli, a ze mnie się śmieli do rozpuku.
— Cóż śmiesznego?