Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

okrzyk przerażenia wyrwał się z piersi wszystkich, co na to patrzyli.
— Spali się!
— Zginęła!
Trwało to kilka sekund, a kiedy wybiegła z izby, to wyglądała jak słup gorejący: ubranie paliło się na niej...
O kilkanaście kroków od domu była sadzawka. Wiedziona jakimś instynktem, kobieta rzuciła się w wodę.
Wydobyli ją stamtąd bezprzytomną i złożyli na brzegu tak, jak zwykle składa się topielców i innych, niezwykłą śmiercią ze świata zeszłych. Przyjdzie sołtys, wartę postawi, potem sąd zjedzie, śledztwo zrobią, pochowają i już.
— Szkoda chłopa, bo dobrą żonę stracił; szkoda dziecka, co się sierotą zostało...
Na ogień przyszedł nareszcie ratunek z nieba. Deszcz lunął obfity i zagasił płonące domostwa, ze zgliszczy buchała para i dym biały, ciężki, wlókł się po ziemi.
Większe pół wsi zgorzało; ludzie z załamanemi rękami chodzili, lub wydobywali z pogorzeliska obgorzałe belki, kawałki żelaza, szczątki różne. Przy zwłokach kobiety sołtys wartę chciał postawić, ale gdy pochylił się nad trupem, aby chrześcijańskim obyczajem oczy mu zamknąć, odskoczył przerażony. Mniemany trup westchnął i ręką poruszył.
Do spalonej wioski przyjechało pod wieczór kilku dobrych ludzi z sąsiedztwa. Jeden przywiózł chleba, drugi zboża, tzeci pieniędzy cokolwiek.