Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

mu jakoś, a na jego twarzy malował się wyraz wielkiego niezadowolenia. Po kilku minutach zwrócił się do zwierzchnika wydziału z zapytaniem:
— Panie, czy ja zawsze będę się zajmował tymi rachunkami?
— Zapewne... przynajmniej dopóki pan będzie w tym wydziale.
— To nie jest zajmujące.
— Przyznaję, ale potrzebne.
— Ja wychodzę na chwilę, ale niezadługo powrócę, jestem strudzony i głodny. W życiu mojem chwile apetytu są bardzo rzadkie i dlatego ze względu na samo zdrowie muszę z nich korzystać. Czy pan niema nic przeciwko temu?
— Ja osobiście nic, ale zwyczaj w naszem biurze przyjęty żąda, aby chwile nadzwyczajnego apetytu nie przychodziły od godziny dziesiątej rano do czwartej po południu. Pozostałe osiemnaście godzin na dobę można poświęcić choćby wyłącznie zaspakajaniu apetytu.
Pan Sylwin zaczerwienił się jak burak i wyszedł; zwierzchnik odezwał się do nas:
— Panowie, możemy powinszować sobie nowego towarzysza. Mam przeczucie, że będziemy mieli gorzkie życie z tym blagierem.
Nie mylił się.
Pan Sylwin dręczył nas przez dwa tygodnie, papląc nieustannie o swych pomysłach, o konieczności wytępienia przesądów i zastarzałej rutyny... o tem że należy zapatrywać się na działalność instytucyi z lotu ptaka, z góry, mieć poglądy szerokie i nie tracić czasu na drobiazgi. Wykładał nam