Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Czy pan już pracował w jakiem biurze? — zapytał mój zwierzchnik.
— O tak... tu i owdzie, więcej za granicą, aniżeli w kraju.
— W jakichże mianowicie instytucyach?
— W rozmaitych, przeważnie finansowych, chociaż szczerze mówiąc, powołanie szczególne miałem zawsze do dyplomacyi.
— Piękne powołanie...
— Tak jest, ale nie każdy ma szczęście. Mniejsza o to... Zdaje mi się, że zrobię coś w dziedzinie asekuracyi. Przedewszystkiem trzeba zwalczyć zastarzałą rutynę i pokonać przesądy. Mam ideę pod tym względem, a przedewszystkiem uważam za wielkie głupstwo pobieranie premij.
Zwierzchnik mój zerwał się z krzesła.
— Co pan mówisz? — zawołał.
— Przy sposobności wytłumaczę to obszerniej. Na Zachodzie dawno myślą o takiej reformie.
— Pierwszy raz słyszę.
— Bo wieści z Zachodu nie prędko się dostają do naszego partykularza. Warszawa w porównaniu z takim na przykład Londynem wygląda jak Pacanów. Dużoby o tem można mówić.
— Zapewne... ale przepraszam... czy pan wie, na czem się opierają wszystkie ubezpieczenia wogóle?
— Och, naturalnie!... Każda rzecz musi się na czemś opierać... tem bardziej instytucya. Jest to ogólne prawo, że tak powiem, fizyczne. Odbierzmy stołowi nogi, a oczywiście runie...