Strona:Klemens Junosza - Przerwana korespondencja.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

się ciągle przed mojami uszami. Jechaliśmy na południe, zatrzymując się w większych miastach tyle tylko, żeby trochę odpocząć, nowemi pięknościami wzrok nasycić i biedz dalej i dalej.
Nie umiem opowiedzieć, jak mi się takie życie podobało. Zwiedziliśmy Szwajcarję, południową Francję, Włochy i kraj. Byłam w Wenecji, Rzymie, Neapolu u stóp Wezwjusza... widziałam morze.
Po półrocznej wędrówce wróciliśmy do domu i... tu szczęściu memu i zachwytom koniec.
W drugim roku pożycia mąż, chcąc mi zrobić przyjemność i wrócić dawny złoty humor, odbył ze mną tę wycieczkę powtórnie, ale już ani morze, ani krajobrazy wspaniałe, ani miasta arcydzieł sztuki pełne, nie robiły na mnie wrażenia. Przechodziłam obojętnie obok zachwycających mnie ongi cudów przyrody i sztuki. Przechodziłam smutna i znużona.
Straciły też dla mnie urok świecidła i klejnoty, nie przepadam już jak dawniej za strojami, zabaw nie pożądam, jaśnieć nie chcę, nie zajmuje mnie nic...
Jednem słowem, nie jestem szczęśliwa.
Mieszkamy na wsi.
Majątek nasz, właściwie majątek mego męża znajduje się w bardzo ładnem położeniu nad rzeką, posiada pałacyk, prześliczny park na wpół dziki i jakieś przestrzenie pól, łąk i lasów, podobno bardzo znaczne.
Tak mówią; co do mnie, nie znam się na tem.
Nie wiem, czy pan znasz mego męża? Zdaje mi się, że niewiele, prawie tylko z widzenia... Powiem więc coś o nim. Jest to człowiek dobry, do mnie przywiązany, w obejściu zawsze uprzedzający i delikatny. Podobno znakomity gospodarz, a jako obywatel powszechnie jest szanowany w okolicy dość nawet szerokiej. Widuję go dopiero na obiedzie wieczorem, wtedy gdy przyjmujemy gości, lub gdy razem udajemy się na wizyty, zresztą nie mam pojęcia, co się z nim dzieje...