Strona:Klemens Junosza - Przerwana korespondencja.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Od świtu przepada podobno w odmęcie spraw gospodarskich, przemysłowych. Mówią, że gromadzi zapasy zboża, buduje gorzelnie, młyny, jakieś tartaki, czy też inne maszyny, o jakich wyobrażenia nie mam.
Zdawałoby się, że warunki, w jakich się znajduję, pozostawiają niewiele do życzenia, a człowiek, którego mi los za towarzysza życia przeznaczył, robi wszystko co może, aby mi to życie uprzyjemnić... a jednak... jednak... ja jestem bardzo nieszczęśliwa.
Mogłabym się rozpisać o tem długo, obszernie, po kobiecemu, lecz nie wiem, jak mój list będzie przyjęty, wolę więc wstrzymać się przynajmniej do czasu, w którym o jego losach się dowiem... — a teraz zasyłam przyjazne uściśnienie dłoni... etc.

X.”

Przeczytawszy ten list, zamyśliłem się... Z sąsiedniego mieszkania, przez otwarte okno dochodziły odgłosy ludzkiej radości, wyrażające się w wykrzyknikach: „pik! dwa pik! pas! cztery pik! dziesięć pik! sto pik! miljon pik! aż do znudzenia... do obrzydliwości...
Dobrze ludziom dzieje się na świecie — a ta pani narzeka!...
Odpisać jednak trzeba... niema rady...
Nazajutrz wziąłem papier, jaki miałem najlepszy, pióro najlepsze i atrament także najlepszy i nakreśliłem odpowiedź.
„Najszanowniejsza Pani Kuzynko Dobrodziejko!
Nie pisywałem do pani, gdyż ani o to proszony, ani upoważniony do tego nie byłem. Lecz dziś, gdy najniespodziewaniej z pałaców jaśnie pani przemówiła dawna, zacna i kochana kuzynka, miłe i dobre niegdyś dziewczątko, byłbym kafrem, zulusem, buszmanem, gdybym na liścik jej nie pospieszył z odpowiedzią, tem bardziej, że łaskawa na mnie korespondentka jest nieszczęśliwa.