Strona:Klemens Junosza - Obrazki szare.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

byłyby bardzo mądre. Pan się śmieje, pan nie wierzy, że to prawda jest. Ja wiem... państwo macie swoje zabobony. Może pan powiész, że dyabla nie ma? Oj! żebym ja tak nieszczęścia więcéj nie widział — jak ja go sam widziałem na moje własne oczy! Niewiadomo zkąd wlazł do izby.
— A jak wyglądał?
— Niech on zginie! niech jego moje oczy nie widzą! On wyglądał całkiem jak czarny kot! Tfy! tfy! Nie śmiéj się pan, bo broń Boże, może się zrobić nieszczęście!
— Ja się téż nie śmieję — ale odeszliśmy od przedmiotu. Nie wytłómaczyłeś mi Berku, dla czego chociaż każdy człowiek ma głowę — jednak głupich ludzi nie brak na świecie.
— Nie brak?! Ha! ha! żebym ja w swoim majątku tyle groszy miał, ile głupich ludzi się zdybie — to jabym się pytał ile cały Lublin kosztuje?
— Więc?
— Nu, więc ja byłbym bardzo bogaty. Co się tyczy mądrych i głupich, ja panu zaraz wytłómaczę. Żeby na świecie byli sami mądrzy, toby nie było głupich — a żeby byli sami głupi, toby nie było...
— Mądrych.
— Nie, toby także nie było głupich, bo każdemu głupiemu zdawałoby się że jest mądry. Weź pan na delikatny rozum, każdy towar potrzebuje miéć swoją miarę. Ocet mierzy się kwartą, cukier