Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Udałem się do sali i uczułem, że dziwny dreszcz przenika całą moją istotę.
Ach! czemuż nie mam rąk, rąk ludzkich, kościstych, muskularnych, żebym mógł zmiażdżyć tego doktora, który w tej chwili całuje białą rączkę mojej Anielci... Mojej?! Alboż duchy mają co swego?! Brr!
— Czy już pani lepiej? — zapytuje — czy wraca spokój? czy nerwy przychodzą do porządku po strasznem wstrząśnieniu?
— Dziękuję ci, doktorze — odpowia Anielcia, — jeszcze mi nie zupełnie dobrze... ale...
— O! zapiszę pani kali bromatum — mówi i znowu wpija się ustami w jej rękę.
Zbójco! w jakiej farmakopei wyczytałeś, że dotknięcie twoich ust nazywa się „kali bromatum?“
Anielcia rączki nie cofa...
Zaczynają rozmowę, banalną rozmowę o pogodzie, teatrze, projektowanych zabawach na karnawał... wreszcie o żałobie i o mnie...
O mnie!
— Droga pani (już mu jest droga!) — powiada ten damski lekarz, — dziś możemy już mówić o tem spokojnie... (Już?! Dopiero tydzień, jak mnie pochowano!)
— Tak... — odzywa się Anielcia z westchnieniem.
— Więc, jeżeli mam być otwarty, to powiem, że niema tego złego, coby na dobre nie wyszło