Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Błądziłem przez kilka godzin po ulicach, i ogarnęła mnie tęsknota i żal do ludzi zarazem. Jakto?! ja umarłem, a na świecie żadnej zmiany przez to niema? Ubytek mojej osoby nie zostawił najmniejszego śladu?!
Podły świat!
Nie żałują mnie, zapomnieli o mnie zupełnie. Ludzie, jak przedtem, jedzą, piją, bawią się, uśmiechnięci, weseli... Niechże ich piekło pochłonie!
Łez, łez mi potrzeba! Dajcie mi łez! Po rublu za jedną płacić wam będę, kramarze!!
Pójdę do Anielci. Ona pewnie usycha z żalu, biedaczka!

. . . . . . . . . . . . . . . .

Istotnie, siedzi sama w tym pokoju, który był niegdyś naszym sypialnym...
Siedzi przed tualetą i posypuje śliczną buzię pudrem... widocznie płakała... Poczciwa!...
Wchodzi służąca.
— Proszę pani — mówi, — pan doktor X. przyszedł.
— Proś do sali — odpowiada aniołek.
Spojrzała raz jeszcze w lustro. Zrobiła naprzód minkę grobowo smutną, potem rozjaśniła twarz przyjemnym uśmiechem, a potem rzuciła spojrzenie tak zalotne, że aż mnie, ducha, mrowie przeszło.