Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/68

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    rzyła, rżnąłem czapkę o ziemię i powiedziałem: nie chcę i tylo...
    Mieli mnie znów do owiec obrócić i byłbym może przystał, jako, że taki inwentarz jest poczciwy, ale się owczarza bałem, bo czarownik był wielki, zioła zbierał, baby po wsi lekował, a jak chciał komu zadanie złe zadać, to zadał i zaraz takiego pokuliło het, że jeno za żywot się trzymał i tak chodził.
    Nie chciałem być koło takiego człowieka i zgodziłem się do Wólki, do bydła, ale zaraz na drugi rok stangret z Chabęcina mnie namówił, żebym się zgodził do stadniny, niby do źrebaków — i byłem sprawiedliwie przez trzy roki, jeno, że wikt był marny, a szafarka skąpa, to znów rżnąłem czapkę o ziemię i rzekłem, że nie chcę i na tem skutek.
    Poszedłem na jarmark do Ogonowa, kupić buty, i zara mnie żydy obstąpiły i poczęły namawiać, żebym się zgodził do Zabłocia za fornala...
    Dogadywały, że pensya leguralna, wikt dobry, a dziedzic bardzo wspaniały pan, że będę siedział sobie w wygodzie, że się, na to mówiący, ożenię, dostanę ordynaryą...
    Skusiły mnie, poszedłem...
    Tymczasem dziedzic był starozakonnego narodu, taki sam, jako i te faktory, zamiast pensyi jeno kwitki na gorzałkę dawał i na śledzie do