Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

het do samej Wygody — a to już przeświętnemu sądowi wiadomo, że nie tylko człowiek, ale i kużde bydlę w Wygodzie koło karczmy stanie; bo i ono, choć jeno wodę tylko pijące, rozumie i miarkuje, że o suchej gębie...
I znowu dość... Toć mówię, żeśmy wstąpili we trzech, gospodarze sprawiedliwe: Balasiński Wojciech, Dzięcioł Michał, niby ja — Marcin Badyl i babów dwie: Wojciechowa i Michałowa. A narodu było już jak nabił, żeśmy się ledwo do beczki dopchali, a fundator był Dzięcioł, bo ja już żółty papierek swój straciłem, a czerwony schowałem do kalety...

(Pauza).

A toć powiadam: było nas trzech gospodarzy... Nie? Jeno o Wygodzie? Słucham się przeświętnego sądu. Wypiliśmy po miarce. Michałowa powiada: jedźmy, ja powiadam: jedźmy; Balasiński nic nie odpowiada, jeno się przekomarza z żydami, bo się napchało chyba z piętnastu. Wiadomo prześwietnemu sądowi, że żydy w kupie bardzo harde: poczęli Balasińskiego popychać, a że kleju w nogach miał obrzednio, tedy się chłopisko obaliło — a żydy na niego powsiadały... Kumie ratuj! Jakże nie ratować?... I jego baba woła: kumowie, ratujcie! I zaraz sama też do żydów z pazurami... udrapała kilku... a ja widzę, że kiepsko i że na Balasińskim ścisk za duży — dalej onego ratować...