Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

jący się na pieczeni. Przepyszna była u Bombelsteinów.
Żałuj, żeś nie był.
Widzisz, kochanie, ja obraziłbym się śmiertelnie, gdyby mnie kto nazwał „kartoflarzem,“ „śledziarzem,“ albo „sałaciarzem“ — ale za pieczeniarza nigdy.
U Bombelsteinów był obiad — palce lizać.
Żałuj, żeś nie był.
Uleczyłbyś się z antysemityzmu i został porządnym człowiekiem... bo to, wyobraź sobie, zupa żółwiowa, łosoś w majonezie, kotlety pożarskie, pieczeń z rożna, a deser, a owoce, a sery, a mokka, likiery, wina...
Jadłem niewiele, wszystkiego po troszeczku, po odrobince, ale en masse uzbierało się i... czuję się...
Co tam! czuję się zdolnym do zjedzenia drugiego takiego obiadu.
A mam dużo jeszcze, dużo pracy przed sobą...
Bo widzisz, drogi Jasiu, ja trzymam się tej wspaniałej zasady starożytnego pisarza, który mówi: „Nulla sine linea dies.“
Codzień muszę coś robić: jak nie śniadanko, to obiadek, jak nie obiadek, to podwieczorek na świeżem powietrzu (szparagi, raki, kurczęta — rozkosz!), jak nie podwieczorek, to kolacyjka. Codzień, codzień, nawet w święto wypoczynku sobie nie daję.