Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/106

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    w dom, Bóg w dom... Czem chata bogata, tem rada — więc dalej na stół kwaśne mleko, paniedzieju, ulęgałki i zostało trochę kaszy z kolacyi...
    — Posilże się, sąsiadeczku, a przebacz, że mięsa nie daję... raz, że taki człowiek nadziany, jak i nalany; po drugie, że dziś piątek; po trzecie, że kasza grosza nie wystrasza, a zaś jak z mięsem, to i z ekspensem...
    On machnął ręką i rzekł:
    — Dobra, mój sąsiedzie, psu i mucha; bo na bezrybiu i rak ryba, a w braku laku wystarcza opłatek... Ja bo, powiada, ogródkami chodzić nie lubię: co mam na myśli, to i na języku...
    — To też mówię — najlepiej, poprostu z mostu, w bawełnę nie owijając, a mądrej głowie dość dwie słowie...
    — Czemu się, Wicusiu, nie żenisz? — pyta. — Jeszcze rannego wstania i wczesnego ożenienia nikt nie żałował, a dobra żona domu korona.
    — Ha — powiadam — dużoby o tem gadać...
    — Ale przecie...
    — Widzisz, sąsiad, co mąż furami zbierze, to żona fartuszkiem wyniesie...
    — Nie zawsze...
    — Po drugie... jestem nieco łysy, a wiadomo, że z łysiną do panny, a z jeżem do psa nie przystępuj.
    — Żenią się jednak i łysi...
    — Po trzecie, kochany sąsiedzie, tak mi z tem,