Strona:Klemens Junosza - Galopada.djvu/6

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wiózł z Warszawy dwa tuziny bladych idealne tancerzy, a schorowane damy, którym kuracya tak bardzo dla zdrowia potrzebną była, wyzdrowiały na ten wieczór.
    Szanowni czeladnicy Eskulapa, gdy wyczerpiecie wszelkie środki medyczne bezskutecznie, a jeśli pragniecie życie pacyentki waszej uratować, przepiszcie jej suknię jedwabną z kwiatami, muzykę i kilkunastu tancerzy do użytku zewnętrznego, a ona, jakby za dotknięciem czarodziejskiej laski, wyjmie nogę z grobu i wepchnie ją w balowy trzewiczek, wraz z tuzinem korków.
    To jest granica, po za którą wiedza wasza nie pójdzie już ani kroku.
    Ożywienie było ogromne. Fredzio był bohaterem dnia, tańczył do upadłego, a kiedy zmęczony padał na krzesło, Brońcia sama przychodziła do niego, mówiąc:
    — Wybornie, wybornie, obie z mamą zachwycone jesteśmy...
    Nowa siła wstępowała we Fredzia, muzyka zagrała galopadę skoczną... bohater dnia podał ramię pani Janowej i masa ta posunęła się naprzód w szalonym pędzie.
    O losie! czemuż stawiasz ludziom na przeszkodzie wierzycieli! czemu na drodze miłości siejesz rywali, czemu nakoniec dzielnemu tancerzowi rzucasz ogon od sukni pod stopy?!
    Pani Janowa miała szafirową suknię jedwabną, z ogonem jak nieszczęście długim, na zwrocie ogon ten jak wąż olbrzymi splątał nogi Fredzia, uścisnął je w splocie fatalnym, przykrępował do tancerki... bohaterowie chwili zachwiali się i padli w szalonym impecie... oberwany ogon, przyczyna całego nieszczęścia, leżał na ziemi jak płaszcz bandyty na miejscu wypadku krwawego.
    Pani zemdlała... Ciechocinek się trząsł... śmiech ogólny dobijał nieszczęśliwych.... Na drugi dzień pociąg odwoził nieszczęśliwych... Fredzia za granicę, a panią Janowę do domu...

    . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

    Pod cieniem rozłożystego kasztanu siedzi Brońcia, niedawno przestał deszcz padać, słońce przegląda się padając z ukosa w dużych kroplach wody zawieszonych na liściach, w powietrzu woń, ptaki strzepują skrzydła po deszczowym prysznicu, a młody psiak przed domem kręci się w kółko, goniąc za własnym ogonem, jak za ideałem... psim...
    A obok Brońci siedzi młody człowiek o ogorzałej twarzy i pan Jan, który mówi do niego:
    — Mój zięciu.