Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


był nawet, że kosztem utraty jednej sosny, ma możność rzucić w prostacze serca ziarno dobre, że uszlachetni je, podniesie.
— Przedewszystkiem, moi bracia — rzekł — nie kłaniajcie się do kolan; nie schylajcie głów przedemną. Wszyscy jesteśmy sobie równi i jesteśmy bracia, a nad nami jeden ojciec — Pan Bóg.
— Oj prawda! prawda co jeden Pan Bóg miłosierny i każdego stworzenia i, na to mówiący, robaka, — powtórzyli chłopi, a przytem zaczęli wzdychać tak ciężko, że Wiktor wzruszony został ich pokorą i skruchą.
Jakże łatwo trafić do serca prostaczych ludzi — pomyślał.
— Widzę, moi drodzy — rzekł — że żałujecie brzydkiego postępku, jaki popełniliście. Przyswojenie sobie cudzej własności jest to, jak wam wiadomo, grzech, przeciwko siódmemu przykazaniu; zapewne ksiądz proboszcz, który jest waszym nauczycielem, przewodnikiem duchownym, mówił wam nieraz, jak brzydko, jak niegodziwie, jak niegodnie jest zajmować się kradzieżą.
— Oj, gada ci nasz ksiądz, gada — stęknął chłop.
— Inszego to i zwymyśla i zbeszta — wtrącił gajowy — ale drugi będzie taki szelma, że żeby nie tylko ksiądz, ale sam Pan Jezus ukrzyżowany z nieba zstąpił i do niego przemówił, to on jeszcze, na to mówiący, pojedzie kraść do lasu, a już te dwa chłopy są właśnie same najgorsze złodzieje, w całej wsi ich znają.