Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No, no, nic to — rzekł Wiktor — ja mam nadzieję, że oni się poprawią i że na przyszłość więcej się takie nadużycie nie powtórzy. Czy przyrzekacie mi to?
— Aj przyrzekamy, wielmożny dziedzicu, przyrzekamy, po sprawiedliwości przyrzekamy, rzetelnie.
Kaliciński wąsiki z niecierpliwością pokręcał; ciotka zdradzała chęć wdania się w tę sprawę, ale Wiktor nie dał jej przyjść do słowa.
— Skoro tedy przyrzekacie — ciągnął dalej — a pozwalam sobie przypuszczać, że przyrzeczenia dotrzymacie, więc wam na ten raz daruję, lecz pamiętajcie szanować cudzą własność.
— Dziękujemy, dziękujemy wielmożnemu panu, Panie Boże zapłać, Panie Boże nagródź.
Gajowy nieznacznie ramionami ruszył.
— Upraszam pokornie wielmożnego dziedzica — rzekł — czy mam powiedzieć panu rządcy o fornalkę, czy wielmożny dziedzic sam każe?
— Do czegóż wam potrzebna fornalka?
— Niby, proszę wielmożnego dziedzica, trzebaby zabrać ową sosnę.
— Nie, mój przyjacielu. Tę sosnę niech sobie wezmą, będzie to dla nich wynagrodzeniem za to, że usłuchali głosu prawdy i życzliwości i że wyrzekli się czynienia złego.
Chłopi ze zdumieniem po sobie spojrzeli.
— A teraz — dodał — jeszcze jedno słowo. Powinniście moi ludzie o tem wiedzieć, że największym skarbem człowieka, całem jego bogactwem i szczęściem