Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znał, z fantazyą podkręcał wąsiki i pieścił się w duszy nadzieją, że wszystko pójdzie jak z płatka. To przekonanie dodawało mu humoru, a że Julcia również rada była pożartować i pośmiać się trochę, więc czas schodził szybko na gawędce.
Powrócił też i Wiktor, ale jakiś zirytowany i kwaśny, widocznem było, że silił się tylko, aby być uprzejmym dla gościa i że z trudnością ukrywał w sobie jakąś troskę, czy kłopot.
Julcia dostrzegła to niezwykłe zachowanie się brata i korzystając z chwili, w której ciotka z panem Kalicińskim zastanawiała się nad koligacyami jakiejś rodziny, szepnęła do stojącego przy oknie Wiktora.
— Co tobie jest, mój drogi?
— Nic, moja Julciu.
— O, nie ukrywaj przedemną! Mnie nie wyprowadzisz w pole, ja czytam w twoich oczach jak w książce.
— Później ci powiem.
— Nie, nie, powiedz zaraz, uspokój mnie, bo widzę, że cię coś niezwykłego musiało spotkać.
— Miałem znowuż z Żarskim przeprawę.
— O co?
— Ah, o te głupie awantury leśne, wyobraź sobie, że podziękował za obowiązek, chce wyjechać ztąd; ale później ci to opowiem, teraz trzeba się zająć naszym gościem.
— Masz słuszność, chodźmy do stołu.
— Pan Wiktor — odezwał się Kaliciński — z pewnością wieś polubi, gdy dłużej pomiędzy nami po-