Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— W ogóle powiedziałbym, że nie ażeby... Dawniej to prędzej jakaś zebrała się partyjka, dziś nawet z dziadkiem trudno skleić.
— Pan mówi o kartach?
— Ja nic nie mówię, odpowiadam tylko na pytanie. Pani wybaczy, czasem bywam trochę roztargniony, zwłaszcza, gdy całą moją myśl, całe, jakby to powiedzieć, jestestwo, zajmuje i pochłania wyłącznie tylko jeden przedmiot... Przedmiot, który... do którego... to jest właściwie powiedziawszy, któremu...
Biedny Kaliciński chciał odrazu przystąpić do rzeczy i wykrztusić wyznanie, a przynajmniej dać do zrozumienia, że nie przyjeżdża bez celu, ale widocznie nie miał szczęścia. Raz, że frazes, który zawczasu przygotował sobie, opracował, zaokrąglił, uwiązł mu jakoś w gardle i na żaden sposób wydobyć się nie mógł; a powtóre, że i ciotka, dowiedziawszy się o przybyciu gościa, pośpieszyła do domu.
Gdy weszła do saloniku, Kaliciński zerwał się z krzesła, wyprostował i złożył głęboki ukłon.
Po wymianie wzajemnych grzeczności, ciotka z łatwością poprowadziła rozmowę, w której jednak nie znalazło się miejsca na rozczarowania, zawody, oraz na ów przedmiot, który... do którego... któremu.
Ciotka była bardzo uprzejma dla gościa, dopytywała go o stosunki rodzinne i jak zaczęła kombinować rozmaite konneksye i koligacye, znalazła pewne powinowactwo pomiędzy rodziną Kalicińskich a własną. Stary kawaler zachwycony był przyjęciem, jakiego do-