Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zkąd wielmożna pani znać ich ma? — spytał Jojna — tu się ich tyle przewinęło przez ostatnie dwadzieścia lat, aż trudno spamiętać. Jak czasem przychodzi od Pana Boga na ludzi, nie w złą godzinę powiedzieć, jaka słabość, tak na te wsie przychodziły licytacye. Dziś jednemu sprzedali, jutro drugiemu, za tydzień trzeci wyleciał! To był sądny dzień, na moje sumienie!
— Przecież teraz ta epidemia ustała już chyba — wtrącił Wiktor.
— Ny, prawda jest. Ona niby ustała i teraz nie praktykuje się tak często; ale zawsze między naszą szlachtą nie braknie kapcanów i bankrutów. Oni biedni są, oni się szarpią, mordują, aby jeszcze rok, aby jeszcze rok, a potem? Potem, to oni powiadają: „niech sobie świat zawali, niech sobie do góry nogami przewróci.“ Oni biedni są, ale co mają robić? Każdy chce żyć i oni także; oni potrafią sprzedać takie zboże, co sobie wcale nie urodzi i wełnę z takich owiec, co jeszcze nie żyją.
— A któż to kupuje?
— Kto ma kupować? Żydzi kupują.
— Na pewną stratę?
— Co wielmożny pan powiada? W handlu to nigdy nie jest ani pewny zysk, ani pewna strata; może być tak, a może być inaczej. Różnie się trafi; po drugie, nasze życie żydowskie, także całkiem na łataniu stoi; tu trzeba urwać, tam przyczepić; trzeba z te-