Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Powiedzcie mi, jakże tu teraz? W Zagórowie pewnie państwo Jasińscy dotychczas?
— Proszę wielmożnej pani, tam już trzeci dziedzic jest. Drugi to był żyd, Klopfisz, kupił Zagorów na licytacyi, a potem sprzedał go panu Marcinkowskiemu. Klopfisz dobry interes zrobił, ale i pan Marcinkowski nie stracił. On wielki gospodarz jest! ha, ha! jaki gospodarz, z pełną gębą osoba!
— Ma dzieci?
— Tylko jednego syna i córeczkę, ot tak jak wielmożna panienka. Syn uczy sobie gospodarować przy ojcu; tęgi panicz, tylko ma jeden mały feler.
— Kulawy?
— Zdrów jak koń, ale ma trochę świerżbienie na kieszeń; lubi kupić ładny koń, kawałek powozik, lubi sobie jeździć na polowanie, zwyczajnie jak panicz. Ojciec, znów ma węża w kieszeni, chciałby z jednego rubla zrobić pięć. On synowi nie daje dużo, on sobie gniewa jak syn traci. Za to mama to jest pani z wielkiem fanaberyem. Ona tak patrzy na ludzi, jakby sama siedziała na dachu, a wszyscy chodzili po ziemi, jak muchy. Ona by chciała, żeby jej synek wszędzie był na pierwszy numer. W Motylach to jest znów na wywrót; pan Brogowicz jest z dużem fanaberyem, a pani za to bardzo delikatna. To już starzy ludzie, dzieci wyposażyli, sobie zostawili jeden folwark i siedzą. On lubi czasem w karty zagrać, czasem do Warszawy pojechać; ona więcej w domu, rzadko kiedy jeździ, nawet do swoich dzieci w gościnę.
— Wszystko nowi sąsiedzi, nie znam ich.