Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bo widzisz, moja Julciu, mecenas twierdzi, że w dzisiejszych czasach gospodarstwo jest trudne, zwłaszcza dla takiego, kto się na niem nie zna.
— Jużci co prawda to prawda — rzekła ciotka, istotnie jest to zawód, którego nie znasz, mój Wiktorze.
— Eh! moja ciociu, czy to święci garnki lepią?! Nie znam się, wielka rzecz, to się poznam z czasem, nauczę. Sam Borutowicz mówił, że w Kalinówce jest doskonały rządca, agronom w całem znaczeniu tego wyrazu, mogę więc przy nim...
— Tak, to prawda — rzekła ciotka z westchnieniem — lecz, bądź co bądź, czasy teraz nie dobre: ciągle słyszę o sprzedażach, licytacyach. Każdy obywatel narzeka.
— Moja ciociu, kto ich nie zna?! Oni zawsze tak piszczą. Znam przecie wielu ludzi z tej sfery, przyjeżdżają tu często za interesami. Nie zdarzyło mi się jeszcze słyszeć, żeby który z nich był zadowolony. Jeżeli słońce świeci, płaczą że niema deszczu, gdy deszcz pada, krzyczą, że ich woda zaleje; mając dużo zboża płaczą, że ceny nizkie, skoro zaś zboże zdrożeje lamentują, że nie wiele zebrali. Znam ja ich, moja cioteczko, jak zły grosz. Widzę nieraz w handlu, jak przy butelce wina i to dobrego wina, utyskują na okropne czasy i dowodzą, że im na chleb braknie. To już natura ich taka, przyzwyczajenie....
— Ale zawsze, przecież ja tyle lat na wsi mieszkałam...