Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miał, nietylko, że nic nie stracił, lecz żyjąc bardzo skromnie i oszczędnie, podwoił ją prawie. Hojny zrobił zapis na cele naukowe, ale i o krewnych nie zapomniał.
— Poczciwy! — wtrąciła ciotka — poczciwy Dezydery, taki śliczny folwark, bo i to trzeba ci wiedzieć, mój Wiktorze, że owa Kalinówka to złote jabłko. Co tam za położenie, jaki dworek, jaki ogród, a ziemia! Egipska ziemia, jak to mówią. Wody dość, łąki i las, jak przypuszczam niezniszczony, bo nieboszczyk nie pozwoliłby na to.
— Mówi ciocia zupełnie jak mecenas, bo i on wychwalał także Kalinówkę.
— Mój Wiktorze! — zawołała Julcia — mój braciszku! Kiedy tam tak pięknie, to pozwolisz mi przecież zobaczyć kiedyś owo złote jabłko; tak dawno już nie widziałam prawdziwego pola, ani lasu!
— Cóż za pytanie?! Spodziewam się, że wszyscy troje opuścimy to ciasne mieszkanie i udamy się na wieś, na swobodę. Ta myśl zachwyca mnie, ale...
— Jakież ale, mój kochany Wiktorze.
— Otóż pan Borutowicz, aczkolwiek nie narzucał mi swego zdania, radził jednak dobrze się namyśleć, czy nie lepiej będzie oddać Kalinówkę w dzierżawę, jakiemu porządnemu, pewnemu, a zamożnemu gospodarzowi. Radził mi przytem, żebym się z Warszawy nie wyprowadzał i posady w banku nie rzucał.
— Ale dla czego, mój kochany, dla czego? Skoro stryj ci zapisał majątek, dla czego nie masz z niego korzystać w całem znaczeniu tego wyrazu?